Myjesz włosy, nakładasz maskę „odbudowującą”, potem odżywkę z proteinami, a na koniec jeszcze coś wzmacniającego. Robisz wszystko, żeby były mocniejsze. A jednak po wysuszeniu są sztywne, matowe, jakby sianowate. Znasz to uczucie? To może być sygnał, że przesadziłaś z proteinami.
W pielęgnacji łatwo wpaść w pułapkę „im więcej, tym lepiej”. W gruncie rzeczy włosy potrzebują równowagi, a nie ciągłej odbudowy.
Co to właściwie znaczy „przeproteinowane”?
Proteiny w kosmetykach mają za zadanie uzupełniać ubytki w strukturze włosa. Działają jak mikroskopijne łatki. Problem zaczyna się wtedy, gdy tych „łatek” jest za dużo. Włosy stają się szorstkie, tracą elastyczność i zamiast miękko się układać, zaczynają sterczeć i puszyć się w niekontrolowany sposób.
Jeśli po użyciu maski odbudowującej Twoje pasma są twarde, trudno je rozczesać i nie mają blasku, zatrzymaj się. To nie zawsze znak, że potrzebują jeszcze więcej protein. Czasem potrzebują czegoś zupełnie odwrotnego.
Skąd wiedzieć, że to nadmiar protein?
Przeproteinowane włosy są sztywne w dotyku i mało podatne na stylizację. Często wyglądają na suche, choć regularnie nakładasz maski. Końcówki mogą się puszyć, a długości sprawiać wrażenie „nadmuchanych”, ale bez gładkości. Właściwie to efekt przypomina trochę włosy po zbyt częstym rozjaśnianiu, tylko że winna jest pielęgnacja.
Zrób prosty test: odstaw na tydzień wszystkie produkty z proteinami w składzie. Zastosuj delikatny szampon, a po nim maskę nawilżającą lub emolientową. Jeśli włosy staną się bardziej miękkie i sprężyste, odpowiedź masz przed sobą.
Dlaczego tak łatwo przesadzić z proteinami?
Przeproteinowanie rzadko bierze się z jednego produktu. Najczęściej to efekt kumulacji. Szampon „wzmacniający”, odżywka „odbudowująca”, maska „regenerująca”, a do tego jeszcze spray z keratyną. Każdy z nich osobno nie musi zaszkodzić. Problem zaczyna się wtedy, gdy używasz ich razem, przez kilka tygodni, bez przerwy.
Włosy, szczególnie jeśli są rozjaśniane albo stylizowane ciepłem, rzeczywiście potrzebują odbudowy. Ale odbudowa to proces, nie stan permanentny. Jeśli stale dostarczasz protein, włókna włosa stają się sztywne, mniej elastyczne i bardziej podatne na łamanie. To trochę jak z paznokciami – zbyt twarde łatwiej pękają.
Zastanów się też, czy nie reagujesz zbyt impulsywnie na chwilowe pogorszenie kondycji włosów. Jeden gorszy dzień nie oznacza, że trzeba natychmiast „naprawiać” wszystko proteinami. Czasem wystarczy więcej nawilżenia albo ochrona przed tarciem.
Równowaga zamiast nadmiaru
Pielęgnacja włosów opiera się na trzech filarach: proteinach, humektantach i emolientach. Każdy z nich jest ważny, ale w innych proporcjach. Jeśli Twoje włosy są naturalnie suche, puszące się i podatne na uszkodzenia, możliwe, że masz włosy wysokoporowate. W ich przypadku proteiny są potrzebne, ale w rozsądnej ilości. Bardzo ważne w ich pielęgnacji jest dostarczanie im emolientów i nawilżających humektantów. Poddaj swoje włosy obserwacji. Po każdej zmianie w rutynie przyjrzyj się efektowi. Nie dokładaj kolejnych produktów tylko dlatego, że „tak trzeba”.
Jak naprawić przeproteinowanie?
Najpierw zrób reset. Użyj łagodnego szamponu oczyszczającego, by usunąć nadmiar nadbudowanych składników. Następnie sięgnij po maskę bogatą w emolienty – to one wygładzają i domykają łuski. Przez kilka myć unikaj protein. W pewnym sensie pozwól włosom „odpocząć”. Nie bój się też ograniczyć liczby kosmetyków. Czasem trzy dobrze dobrane produkty działają lepiej niż siedem przypadkowych.
Obserwuj włosy, nie naśladuj ślepo trendów
Mówiąc nieco przewrotnie, włosy nie czytają etykiet ani nie śledzą trendów. Reagują na to, co im dajesz. Jeśli czujesz, że mimo starań efekt jest coraz gorszy, nie dokładaj kolejnej maski „naprawczej”. Cofnij się o krok, uprość pielęgnację i obserwuj pasma.Twoje włosy nie potrzebują ciągłej interwencji. Potrzebują balansu. A gdy go znajdziesz, przestaną być szorstkie i odzyskają naturalną miękkość – bez nadmiaru i bez frustracji.





